Na tarasie ambasady panował półmrok rozświetlany złocistym blaskiem latarni ustawionych wzdłuż balustrady. Miasto pulsowało w dole – rzeka świateł i odgłosów karet(albo karetek, kto to tam wiedział), mieszała się z przytłumionymi okrzykami bawiącego się tłumu. W środku ambasady, przez uchylone drzwi, słychać było jeszcze pojedyncze śmiechy i gwar gości, którzy rozprawiali o występie Mandaryny.
Joachim Cargalho stał oparty o balustradę, z papierosem osadzonym między palcami, rozglądając się po ciemniejącym niebie. Usłyszał cięższy krok – nieco bardziej stanowczy, zdradzający jego charakterystyczne brzmienie. Na taras wyszedł Heinz-Werner Grüner, w stroju którego krój zdawał się bardziej codzienny niż wieczorowy.
- Herr Cargalho — odezwał się z lekkim skinieniem głowy, sięgając do wewnętrznej kieszeni. Wyciągnął ciemne, szerokie cygaro, które od razu wypełniło powietrze cięższą, słodkawą wonią tytoniu. —
Czy pozwoli pan?
Joachim, nieco zaskoczony, przyłożył płomień ze swojej markowej zapalniczki do końca cygara, a Grüner zaciągnął się głęboko, mrużąc oczy. Przez moment palili obaj w milczeniu, słuchając stukotu obcasów na marmurowych schodach w dole.
W końcu Heinz-Werner odezwał się, tonem tak swobodnym, jakby pytał o pogodę:
-No i co, panie Joachimie... czy to prawda, że ktoś znów coś odwalił w Pałacu?
Na moment spojrzał na niego spod bujnych brwi, wypuszczając gęstą chmurę dymu.
— Mówią, że ten... persona non grata, ten sam, co już raz "kompromitował się" w na tej ziemi, ośmielił się włamać do komnat królewskich. Ot, w biały dzień.
Słowa Oberhaupta zawisły ciężko między nimi, jakby sam dym zatrzymał się w powietrzu, oczekując odpowiedzi. Joachim poczuł, że to pytanie było z jednej strony żartobliwym rzuconym hasłem, z drugiej – sondowaniem, na ile jest wprowadzony w sprawy, o których zwykli goście ambasady lepiej, by nie wiedzieli...
(Tak wiem, po co jedno cygaro, jak można dwa ;) )